Bodźce / Hardkor Disko (2014)


Po OFFowskim seansie wiedziałam jedno, że jeszcze wrócę do tej historii, nie kłamałam, wróciłam i wracać będę. Dlaczego…? 


Wymarłe, bezpańskie wesołe miasteczko, obrośnięte chwastami, bez żadnej żywej duszy – poza jedną. Z pozoru nic nieznacząca scena, za pewne przez wielu pominięta, staje się alegorią do życia głównego bohatera, Marcina (Marcina Kowalczyka). Coś z pozoru pustego i opuszczonego posiada w sobie armię emocji i tajemnic. 

Życie niejasnego charakteru zostaje nam przedstawione w formie zarysu, do którego indywidualnie doklejamy historię. Dostajemy szkic, który sami dokańczamy w głowie, po seansie i w jego trakcie. O głównym bohaterze nie wiemy nic, poza tym czym przyjechał i w co jest ubrany, a każda kolejna minuta jest jak znaleziony element układanki. Ten fakt jak i reszta pokazuje nam piękną otwartość filmu. To ile z prostej z pozoru fabuły możemy wynieść. Skonieczny nie gra nam na emocjach, jedynie łechta ciekawość i nie zaspokaja jej, nawet w ostatniej minucie filmu, która jest kwintesencją otwartości produkcji, a także przyczynkiem do postawienia tezy, iż Hardkor Disko jest tworem uniwersalnym. 

Film od samego początku określany jest jako ten, który narzuca nam obraz współczesnej młodzieży i jej (nagannego) zachowania. Bezwzględnie, jest to jedna strona medalu, druga zaś brzmi - nic bardziej mylnego. Owszem, reżyser pokazuje nam, czasami trochę w groteskowy sposób, zachowanie młodych. Nie zapominajmy jednak, że wiek zobowiązuje a młodzi ludzie od zarania dziejów bawili się, bawią i będą bawić. Dzisiaj mówiąc o wielu sprawach wprost, wzbudzamy kontrowersje, jednak za króla Piasta też się bawiono, a używki nie istnieją od wczoraj. 


Hardkor Disko to przede wszystkim swoista lekcja o wartościach. Skonieczny połączył dwa pokolenia uwydatniając ich różnorodność między innymi podczas rodzinnego śniadania państwa Wróblewskich, a także za pomocą ścieżki dźwiękowej, która odgrywa w filmie znaczącą rolę. Obrazy odziane w utwory muzyczne, reprezentujące różne pokolenia, dopełniają się, a słowa piosenek stają się po części interpretacją dzieła. Wracając do wartości, piękne są słowa Requiem dla samej siebie, zespołu Dwa plus jeden; użyte w dość dwuznacznej sytuacji, kiedy dojrzała kobieta pragnie romansu z bratnią duszą, własnej córki. 

Moje ja, najbliższe mi
Niejasne coś, co w każdym tkwi
Z lat, gdy słowo "przyjaźń" miało jeszcze treść i sens
Kiedy miłość była prostym drgnieniem serc. 

Dwudziesty pierwszy wiek to nie tylko zagubienie młodzieży, lecz również tych pokoleń, których młodość stała się tylko wspomnieniem. 

Śniadanie to przede wszystkim lekcja uzmysławiająca nam czym kieruje się dzisiejsze, młode pokolenie, a co rzekomo stanowiło wartość dla roczników naszych rodziców. Laurką podsumowującą są słowa Ojca;

Bodziec musi lecieć za bodźcem, co raz szybciej (…) przez Internet informacja musi zaciekawić. 


Jednak w tym całym ferworze uczuć, nienawiści, szału, podniecenia najważniejsze były dla mnie słowa Olgi (Jaśminy Polak):

Może… beznadziejnie to brzmi, ale kogoś takiego brakowało mi całe życie. 

Pokolenie obrazu to nie tylko ślepe podążanie za bodźcami, za fajerwerkami życia. Czasy królestwa wizualności to również czasy pragnienia miłości, bliskości i zrozumienia, czego dowodzą wyznanie bohaterki i przede wszystkim zachowanie głównego bohatera. Pragnienie zemsty nie zrodziło się z niczego. 


To jak została pokierowana postać Marcina przez reżysera i samego aktora nie wzbudza we mnie odrazy i pogardy. Nie usprawiedliwiam bohatera, jednak odczuwam katharsis, tak jak Marcin po każdym zabójstwie zmywając ciężar otaczającego go świata jednym z największych żywiołów – wodą. 

Ten debiut najbardziej smakuje mi obrazem. Prostota i estetyka kadrów, dbałość o szczegóły i celebracja detali jest dla mnie wisienką na torcie i nadzieją na dobre, polskie kino. 

Skonieczny, przepraszam, że po nazwisku, ale poproszę więcej takich BOMB. 




/ Monika Swakowska