List miłosny do rock 'n' rolla / U progu sławy (2000)



Muzyka jest uniwersalnym środkiem przekazu myśli i emocji w życiu codziennym oraz w rzeczywistości ekranowej. Wpływ obrazów na ludzki zmysł wzorku można przyrównać do działania dźwięku na nasze doznania słuchowe. Połączone ze sobą stają się istotnym elementem w końcowym odbiorze dzieła filmowego. Cameron Crowe doskonale rozumie tę zależność i umiejętnie z wiedzy tej korzysta. W dziełach amerykańskiego reżysera muzyka jest nieodłączną częścią przedstawianych przez niego historii. Staje się tak samo ważna, jak gra aktorska i dialogi – do większości scen przypisany jest indywidualny utwór, który jest ich dopełnieniem. Muzyka w jego obrazach mogłaby pełnić rolę niemalże postaci filmowej lub bohatera. Jak sam wspomina, prawdopodobnie wynika to z tego, iż zakochałem się w muzyce i w filmach w bardzo młodym wieku oraz moje pierwsze kroki w stronę dziennikarstwa były związane z rock 'n' rollem – poszedłem w ślady takich pisarzy jak Dave Marsh czy Lester Bangs. Tak więc obie te rzeczy – pisanie i muzyka – były od początku trwale ze sobą połączone. Następnie rozpocząłem moją przygodę (a zarazem wielką miłość) z filmem, lecz muzyka nigdy nie była na dalszym planie. [...] Zawsze kochałem to uczucie, kiedy te dwie rzeczy idealnie się ze sobą łączyły[1].

Muzyka to dla wielu z nas coś więcej niż tylko dźwięki – to przede wszystkim przekaz w niej zawarty, czyli słowa, które nabierają różnych znaczeń w zależności od naszych osobistych doświadczeń, naszej wrażliwości i stanów emocjonalno - uczuciowych. Wiele utworów to nostalgiczna, a zarazem często magiczna podróż do czasów, które już nie wrócą, a są częścią naszej indywidualnej historii. Muzyka filmowa dopełnia nasze doświadczenia, pogłębia znaczenie i przekaz scen filmowych. Cameron Crowe ma ogromną intuicję w kwestii łączenia wizualnych i słuchowych środków przekazu. Film i muzyka to w jego twórczości jedna, spójna całość. Sam reżyser powiedział: Lubię programować film jak radiostację, której chciałbym słuchać. To co jest naprawdę świetne, to kiedy jesteś w stanie włączyć muzykę, która jest wykorzystana w filmie, w danej scenie podczas gdy aktorzy właśnie grają... I to jest rodzaj pewnej zabawy, mieć świadomość, że muzyka naprawdę ma wpływ na grę tak samo jak na widzów, którzy to oglądają[2].



Cameron Crowe jest niezwykle wszechstronnym autorem – swoje filmy tworzy, nadając im charakterystyczny styl i przesłanie. Czerpie ze swoich osobistych doświadczeń oraz inspiracji, przez co jego obrazy nie są anonimowe. Muzyka ma ogromne znaczenie w jego życiu, co przekłada się na liczne autorskie projekty. Jednym z najważniejszych dzieł w jego karierze, a zarazem najbardziej osobistym, jest oscarowe U progu sławy (2000). 

Aby w pełni zrozumieć sens i znaczenie tego tytułu, musimy cofnąć się do barwnych lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Crowe w wieku 16 lat ukończył katolickie liceum w rodzinnym San Diego. Rok wcześniej jego kilkuletnia przygoda z pisaniem zaowocowała współpracą z ogólnokrajowymi gazetami – między innymi Los Angeles Times, Playboy, Cream. Miała ona swój początek w lokalnej gazecie San Diego Door, w której pracowała jego siostra, Cindy. Pewnego dnia zabrała go ze sobą, aby spotkał się z edytorem, który podarował mu płytę Rity Coolidge i poprosił o napisanie próbnego tekstu. Jak można się domyślać, zakończyło się to stałą współpracą. Wówczas reżyser rozpoczął korespondencję z Lesterem Bangsem – dziennikarzem muzycznym, który pisał do najbardziej prestiżowych magazynów muzycznych. Był on dla młodego wówczas chłopaka idolem i niedoścignionym wzorcem. Poznali się w 1973 roku, kiedy to Bangs odwiedził lokalne radio KPRI-FM. Crowe przyglądał się audycji zza szklanej witryny, a następnie poszli na lunch, gdzie otrzymał cenne rady od swego mentora. Dzięki niemu również Cameron zaczął pisać do wcześniej wspomnianych, ogólnokrajowych gazet. Jeszcze przed otrzymaniem dyplomu ukończenia liceum rozpoczął pracę dla Bena Fong-Torresa, ówczesnego edytora Rolling Stone. Pisał o takich artystach jak Bob Dylan, David Bowie, Eric Clapton czy Led Zeppelin – niejednokrotnie jego znakomite artykuły gościły na okładce.



Od początku swojej filmowej przygody Crowe pragnął stworzyć film o tych właśnie czasach – o swoich przygodach związanych z muzyką i pisaniem. Cały czas jednak odrzucał te myśli, sądząc, że byłaby to zbyt osobista historia. Po licznych namowach matki i ówczesnej żony Nancy Wilson postanowił napisać scenariusz. U progu sławy pojawił się w kinach w 2000 roku. Reżyser wielokrotnie wspominał, że jest to „list miłosny do rock 'n' rolla”. Obraz ten jest kwintesencją jego twórczości i talentu – jest w nim wszystko, co definiuje go jako artystę. Świetna reżyseria, genialny scenariusz (nagrodzony Oscarem) i muzyka, która „wypływa” z każdej sceny. To emocjonalna podróż do lat siedemdziesiątych – czasów największych legend rocka i znakomitej muzyki. Wątki autobiograficzne szczególnie nadają U progu sławy dużej głębi i przesłania. Żadna scena nie znalazła się tam przypadkowo, także każdy użyty utwór ma swoje znaczenie. 

Wróćmy jednak do filmu. San Diego, rok 1973. Piętnastoletni fan rock 'n' rolla – William Miller (Patrick Fugit) – marzy o tym, aby zostać dziennikarzem muzycznym. Los sprawia, że dostaje zlecenie przeprowadzenia wywiadu z Black Sabbath dla magazynu „Cream”. Podczas koncertu zespołu poznaje piękne groupies, w tym Penny Lane (Kate Hudson), która stanie się jedną z najważniejszych osób w jego życiu. Spotyka także muzyków początkującej grupy Stillwater, z którymi wyruszy w szaloną trasę koncertową, w atmosferze burzliwych lat siedemdziesiątych. Muzycy przewrócą do góry nogami uporządkowane życie chłopaka, pozwolą mu poczuć wielką miłość do muzyki, która stanie się dla młodego człowieka największą przygodą życia.

Cameron Crowe jako wielki miłośnik muzyki, wykorzystuje tę formę sztuki, aby przekazać widzom swoich filmów osobiste przeżycia, wyobrażenia i artystyczną wizję. Autobiograficzne U progu sławy oferuje widzom sporą dawkę utworów, które są częścią jego życiowych przeżyć. Reżyser dzieli się z nami swoimi odczuciami, prywatnymi momentami, które niosą ze sobą dużą dawkę emocji – bawią, wzruszają, budzą w nas refleksje. Poszczególne słowa utworów są często muzycznym dopowiedzeniem tego, czego Crowe nie był w stanie wyrazić słowem pisanym i grą aktorów, a co w szerszym kontekście ukazało jego przeżycia w prezentowanych scenach jego filmów. Idealnym przykładem jest wycięta scena, w której główny bohater, William stara się przekonać swoją matkę do wyjazdu w trasę z zespołem Stillwater. Wykorzystuje do tego utwór Led Zeppelin Stairway To Heaven, którego słowa mają pomóc jej zrozumieć, dlaczego to dla niego takie ważne. Życie napisało podobny scenariusz. Szesnastoletni Cameron przed wyjazdem w trasę z Led Zeppelin zaprezentował swojej matce właśnie ten utwór. Dlatego też, mimo braku licencji na wykorzystanie piosenki, nie zrezygnował z tej sceny i umieścił ją na DVD, nie zastępując jej żadną inną kompozycją. Dzięki takim decyzjom reżysera i przemyślanym doborze muzyki, całość sprawia, że film staje się odrębną zamkniętą formą, która podkreśla indywidualizm obecny w postrzeganiu przez twórcę pewnych scen, faktów, wydarzeń.



Wszystkie wykonania, które słyszymy w filmach Crowe’a, mają na celu pełnić funkcję dopełnienia konkretnej sceny, w której zostały wykorzystane. Muzyka jest częścią prezentowanego obrazu, kolejnym elementem finalnej formy filmu, która idealnie współgra z grą aktorską, wypowiadanymi dialogami i ujęciami poszczególnych sytuacji. Dopowiada historię, która nie jest wypowiedziana albo została jedynie zasugerowana w konkretnej scenie grą aktorów wcielających się w daną postać. Utworów takich jest wiele, więc wspomnę tylko o kilku, według mnie, ważniejszych. Prym wiedzie tu Joni Mitchell z piosenką River. Crowe umieścił to wykonanie w scenie symbolicznego „poznania” się Penny Lane z Russellem Hammondem podczas koncertu Black Sabbath. Jej słowa mówią o utraconej miłości, chęci powrotu do ukochanej osoby. Narrator czuje się źle, zdaje sobie sprawę z tego, że to z jego winy wszystko utracił. Uważam, że kompozycja ta, w tej akurat scenie, jest subtelną aluzją do tego, jak skończy się romans między dwojgiem młodych ludzi. Reżyser już na początku filmu daje nam do zrozumienia, iż miłość ta nie będzie miała dużych szans na przetrwanie. Po obejrzeniu całości wiemy już, że tak właśnie się stało. Ich drogi się rozeszły, ale jedno z nich nadal myśli o tej drugiej osobie i w końcu zdaje sobie sprawę, jak wielką poniósł stratę. 

Podobne znaczenie ma utwór Yes – I’ve Seen All Good People: Your Move, który słyszymy podczas pierwszego spotkania Williama Millera z grupą Stillwater. W tekście znajdujemy rady, aby nie skupiać się na własnej osobie, lecz dostrzegać innych ludzi i dzielić się z nimi swoją miłością. Autor słów jest przeciwny społeczeństwu, w którym ludzie to wyłącznie pionki w czyjejś grze. Piosenka ta pokazuje w pewien sposób, co czeka młodego dziennikarza w przyszłości: będzie świadkiem sporów, zazdrości, zapatrzenia się w siebie innych. Okaże się, że nie zawsze najważniejsi dla artystów będą fani, a świat, w którym funkcjonuje zespół, jest oparty na kłamstwach i zasadach, które ranią innych; gdzie zamiast prawdziwych imion funkcjonują tylko pseudonimy – wszystko jest płytkie, powierzchowne, często fałszywe. 

Muzyka w filmie sprawia, że widz lepiej rozumie bohatera i jego aktualną sytuację. Aktor ma do dyspozycji głos, mimikę, ruch, gesty, a dany utwór muzyczny może spotęgować to wszystko, może sprawić, że to, co widzimy, będzie miało jeszcze głębszy i bardziej znaczący przekaz. America w wykonaniu Simon & Garfunkel to doskonały przykład pokazujący, że dzięki muzyce widz może lepiej poznać daną postać. Tekst opowiada nam o dwojgu młodych ludziach, którzy w poszukiwaniu wolności i chęci spełnienia swoich marzeń wyruszają w podróż życia. Reżyser umieścił tę piosenkę w scenie wyjazdu z domu starszej siostry Williama, Anity. Scenie tej towarzyszy America, aby brat i matka mogli lepiej zrozumieć jej decyzję. Widzowie są w tym momencie odbiorcami tego utworu i mogą (jak bohaterowie filmu) starać się pojąć to, o czym myśli i co czuje ta młoda dziewczyna. 



Kiedy scena staje się kultową, czyli taką, która zapada w pamięć? Jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie nie ma, ponieważ wiele czynników może na to wpłynąć. W filmach Camerona Crowe’a tym czynnikiem jest zdecydowanie muzyka, która podkreśla znaczenie pewnych ujęć. Idealnym przykładem jest moment, kiedy skłócony ze sobą zespół jedzie autobusem i zaczyna śpiewać Tiny Dancer Eltona Johna. Utwór ten staje się swojego rodzaju łącznikiem między członkami Stillwater i przypomnieniem, że tak naprawdę liczy się tylko muzyka. Sekwencja ta wyróżnia się, jest wyjątkowa na tle całego filmu, dzięki idealnemu połączeniu historii przedstawionej w tej scenie i muzyki, która dosłownie przez nią przepływa. Widzowie również pokochali ten moment w filmie, głosując na niego w wielu internetowych rankingach na najlepsze sceny z muzyką w tle czy tym podobnych. Ujęcie to jest uważane za jedno z najbardziej pamiętnych w filmach Cameron Crowe’a. 

Muzyka to także element, który opisuje „stan emocjonalny” danej sekwencji, do której jest przypisana. Może nadawać dynamiczności przedstawionym wydarzeniom bądź wprowadzać melancholię, wyciszenie. River Joni Mitchell zdecydowanie zwalnia scenę, daje możliwość poczucia tego, co czują bohaterowie – w tym przypadku Penny Lane i Russell. Reżyser wykorzystuje zbliżenie, by wyrazić mieszaninę smutku i radości na ich twarzach, a w tle słychać tylko wersy utworu. Mona Lisa And Mad Hatters to także jeden z tych utworów, który idealnie odzwierciedla emocje towarzyszące konkretnej scenie. Przypisany jest do postaci Penny Lane, której historia przypomina tę przedstawioną w słowach piosenki. Kompozycja ta to piękna, spokojna ballada, która w odpowiednim monecie przybiera na sile, dzięki głosowi Eltona Johna. Przedstawia ona tragiczną sytuację ludzi, których zewsząd otacza kłamstwo i obłuda. Podobnie jak Penny, która nieszczęśliwie zakochana w gitarzyście Stillwater, żyje w świecie swoich wyobrażeń. 



Muzyka filmowa zdecydowanie wzbogaca „klimat” filmu. Tworzy z niego odrębną całość, różniącą się od innych obrazów, nadaje mu indywidualny ton. W przypadku U progu sławy muzyka pomaga widzom poczuć atmosferę panującą w latach siedemdziesiątych. Co za tym idzie – dzięki muzyce widz może poczuć się częścią przedstawionej historii. Dzięki niej lepiej poznaje bohaterów, ich sytuację, miejsca i czas, w których dzieją się zdarzenia. Każdy z nas podświadomie wybiera bohatera, z którym się identyfikuje bądź kibicuje mu w sytuacjach, które ten przeżywa. Kiedy znamy dany utwór, konkretna scena, w której został on wykorzystany, staje nam się bliższa i ważniejsza na tle całego filmu. Dlatego też muzyka jest także swojego rodzaju wprowadzeniem do danej sceny – czasem zapamiętywana jest ona częściej, niż sama scena, co sprawia, że szybciej kojarzymy dane wydarzenie przedstawione w filmie. Reżyser ma tego świadomość, ale mimo to nieczęsto sięga po wielkie, popularne hity. Woli być wierny tym artystom, których od lat ceni. A przy okazji, dzięki popularności jego filmów przybliża ich piosenki szerszemu gronu słuchaczy, przypomina je tym, którzy poznali je wcześniej. 

W filmie usłyszmy pięćdziesiąt siedem fragmentów znakomitych wykonań – między innymi Simon & Garfunkel, Lynyrd Skynyrd, Rod Stewart, David Bowie czy The Who. Ważną rolę w życiu Camerona Crowe’a stanowi zespół Led Zeppelin, z którym, jako młody, szesnastoletni chłopak i początkujący dziennikarz, wyruszył w trasę koncertową, aby napisać jeden ze swoich pierwszych, ważniejszych artykułów dla magazynu Rolling Stone. Film jest w dużej mierze autobiograficzny, nie mogło w nim zatem zabraknąć utworów tej grupy. W U progu sławy wykorzystane zostały That’s The Way, The Rain Song, Misty Mountain Hop, Bron-Yr-Aur i Tangerine. Początkowo jednak, zarówno sam reżyser, jak i producent ścieżki dźwiękowej – Danny Bramson, nie byli pewni czy dostaną zgodę na użycie choć jednej z tych piosenek. Członkowie Led Zeppelin nigdy wcześniej nie zgodzili się na obecność swoich utworów na jakimkolwiek soundtacku do filmu (wszystkie ich wykonania są własnością ich własnej wytwórni Swan Song Records/Atlantic Label Records). Crowe z Bramsonem wyruszyli więc do Londynu, aby zaprezentować zmontowane już U progu sławy Jimmy’emu Page’owi i Robertowi Plantowi. Obaj byli niezwykle poruszeni filmem i dali pozwolenie nie tylko na That’s The Way, ale także na resztę piosenek, które ostatecznie znalazły się w filmie. Cameron Crowe nie otrzymał jedynie licencji na utwór Stairway To Heaven. Kolejnym ważnym dla twórcy artystą jest wspomniany już wcześniej Elton John, którego reżyser poznał w wieku 15 lat na imprezie zorganizowanej przez Rocket Records. Kontakt odnowili po premierze filmu. Znalazły się w nim dwie piosenki wokalisty – Tiny Dancer i Mona Lisa And Mad Hatters.



Należy wspomnieć o oryginalnych piosenkach, stworzonych specjalnie na potrzeby tego obrazu. Są to Fever Dog, Hour of Need, Love Thing, You Had to Be There, Love Comes and Goes, których twórcami są Cameron Crowe, Nancy Wilson i Peter Frampton. W filmie wykonuje je fikcyjny zespół Stillwater. W jego skład, oprócz aktorów, czyli Billy'ego Crudupa (Russell Hammond) i Jasona Lee (Jeff Bebe), weszli także prawdziwi muzycy: Mark Kozelek (Larry Fellows) – członek zespołu Red House Painters i John Fedevich (Ed Vallencourt) – perkusista The Szuters. W studiu nagraniowym zastąpili ich natomiast tacy muzycy jak: Marti Frederksen (który użyczył swego głosu wokaliście), Nancy Wilson, Mike McCready z Pearl Jam, oraz John Bayless i Ben Smith z zespołu Lovemongers (który jest drugim zespołem Wilson, po Heart). Swój wkład w tworzenie tych utworów miał również angielski muzyk i gitarzysta rockowy – Peter Frampton, którego płyta Frampton Comes Alive! jest jedną z najpopularniejszych koncertowych płyt na świecie (Cameron Crowe napisał o niej artykuł, dzięki któremu muzyk trafił na okładkę „Rolling Stone”). Artysta szkolił także aktora grającego Russella Hammonda w filmie w grze na gitarze i pełnił funkcje muzycznego konsultanta.

U progu sławy miało jeden z najwyższych, muzycznych budżetów w historii kina. Licencje na ponad pięćdziesiąt użytych w filmie piosenek kosztowały 3,5 miliona dolarów. Oglądając jednak film, a następnie słuchając ścieżki dźwiękowej, wprawny odbiorca stwierdzi, że nie były to źle wydane pieniądze. Muzyczne tło to przemyślany i bardzo spójny zbiór utworów różnorodnych artystów wybranych przez samego Camerona Crowe’a. Znajdziemy na nich artystów znanych bardziej lub mniej, początkujących czy też mających za sobą lata doświadczeń. Wszyscy ci wykonawcy są w kręgu zainteresowań samego reżysera lub istnieje pomiędzy nimi, a Cameronem Crowe’m autobiograficzny związek. Piosenki, które się na nich znalazły to mieszkanka pop, pop-rocka i klasycznego rock 'n' rolla. Wszystkie świetnie współgrają ze sobą, są też idealnie dopasowane do scen filmowych, w których się znalazły. 

Reasumując, muzyka w U Progu sławy Camerona Crowe’a pełni bardzo istotną funkcję. Starannie dobierana, przemyślana i dopasowana do poszczególnych scen ma do spełnienia konkretne zadania, które w wizji reżysera pełnią funkcję niemalże nadrzędną – jak sam mówi: Pracę nad obrazem rozpoczynam od muzyki. Zawsze. „Słyszę” film, zanim jestem w stanie cokolwiek napisać[3] .














_____________________________

[1] Fisher P., Crowe Gets Personal, [dostęp: 13.05.2015], Dostępny w: <http://www.theuncool.com/press/elizabethtown-film-monthly>.
[2] FamousQuotes, Cameron Crowe Quotes, [dostęp: 13.05.2015], Dostępny w: <http://www.famousquotes.com/author/cameron-crowe/2>.
[3] Tobias S., Interview Cameron Crowe, [dostęp: 14.05.2015], Dostępny w: <http://www.avclub.com/articles/cameron-crowe,13676 >.