Filmowa nostalgia / TOP 5


Wszyscy zgadzamy się, że filmy pozwalają nam uciec, ale wiemy także, że oferują nam coś więcej niż prostą ucieczkę. Ruchome obrazy zabierają nas do miejsc, w których nigdy wcześniej nie byliśmy, dają nam możliwość wejścia w skórę osób tak różnych od nas samych. Oferują nam okno na świat. Poszukujemy w nich czegoś wykraczającego poza to, co nam znane, ale przewortnie, często najbliższe jest nam to, co nieobce. Kino pozwala nam poczuć delikatność sukien Scarlett O’Hary, zapach krwi tryskającej z kadrów Pulp Fiction czy doznać zastrzyku adrenaliny razem z Sylvestrem Stallone. Odczuwamy wraz z bohaterami ich wzloty i upadki, zaczynamy myśleć i czuć jak oni. Filmy mają moc, by połączyć nas z innym uniwersum nawet wtedy, gdy poróżujemy z naszej kanapy.

Na pewno chociaż raz, przytrafiło Wam się to fascynujące doświadczenie filmowej magii. Chwila ta, to czas, kiedy wpatrzeni jesteśmy w ekran i nic nie może zakłócić przeżywanych właśnie emocji. Historia pochłania nas bez reszty. Zauważyłam jednak, że im jesteśmy starsi, tym te wyjątkowe momenty zdarzają się jakby rzadziej. Kiedy byliśmy dziećmi, wszystko było dla nas magiczne i nowe. Jako dorośli chcemy odnaleźć tę cząstkę siebie i móc czerpać pełną radość z filmowych historii. W młodości mieliśmy zdecydowanie więcej czasu na ich oglądanie, ale także na proste zachwycanie się. Nie miało znaczenia, czy twórca jest ceniony w światku filmowym, czy ma Oscary na swoim koncie. Liczyło się, że historia rozbudza skrzydła fantazji, pozwalając przenieść się z tu i teraz do innego czasu i miejsca. Doświadczenie ekranowych emocji nie kończyło się wraz z napisami końcowymi. Dziś, nasze rozmyślania o większości obrazów kończą się jeszcze tego samego wieczoru. Oczywiście, nic nie jest nigdy tylko czarno-białe. Na szczęście, w wielu z nas pozostał jeszcze ten dzieciak, który ekscytuje się na samą myśl o nowych filmowych tytułach, ma swoich ulubionych twórców, a o kinie może rozmawiać godzinami. Jednak stając się tzw. miłośnikami, zaczynamy często nadmiernie analizować, rozkładamy dane dzieło na części pierwsze, zapominając, o co w tym wszystkim chodzi. Dlatego też, każde pokolenie sądzi, że ich filmy z dzieciństwa były najlepsze. Dzieje się tak, ponieważ obraz taki to często sentymentalna, a zarazem wyjątkowa podróż do czasów, które już nie wrócą, do czasów, które są częścią naszej indywidualnej historii.

Nostalgia to bardzo silne uczucie i istnieje wiele pozytywnych powodów, aby spędzić trochę czasu, oddając się jej. Nawet kiedy przychodzi nam na myśl, że obrazy z czasów naszej młodości nie były zbyt dobre, to mimo wszystko kochamy je. A kochamy je, ponieważ mają one znaczenie dla nas. To emocjonalne połączenie wywołuje dobre, ciepłe wspomnienia i niezapomniane chwile spędzone w sali kinowej bądź w domowym zaciszu

Postanowiłam poddać się tej słodkiej tęsknocie za tym, co minione i wybrać pięć tytułów, które sprawiły, że z uśmiechem na twarzy wspominam nastoletnie lata i początek mojej przygody z X muzą. Z czystym sumieniem ostrzegam, że będzie to lista po brzegi wypełniona, dla nas już dziś jakże dorosłych, nieco tanim sentymentalizmem. Nie zrozumiecie mnie źle. Chciałabym, żebyście zrobili krok w bok, odrzucili poważne, filmoznawcze mówienie o kinie i przypomnieli sobie, za co pokochaliście filmy, będąc dziećmi.


Zapraszam w podróż do „kraju lat dzieciństwa i młodości”.
Przystanek pierwszy: Władca Pierścieni. Drużyna Pierścienia (2001)
Świat ekranowych emocji stał się mi bliski wraz z premierą jacksonowskiej trylogii Władca Pierścieni i nastoletniemu zauroczeniu blondwłosym elfem. Powyższe stało się przyczynkiem do coraz częstszych, z roku na rok wizyt w kinie i odkrywania potencjału, jaki drzemie w sile ruchomego obrazu. Kiedy myślę o tym dziele (jak i o całej trylogii), moja pamięć przywołuje natychmiast wiele poruszających scen, które powodują, że z utęsknieniem patrzę na półkę z filmami. Jackson wykreował na ekranie niemożliwe – w obrazie tym jest coś więcej niż dobra reżyseria czy scenariusz. W każdej minucie czuć miłość do tego materiału i ludzi, którzy go tworzyli. Film ten celebruje przyjaźń, honor, miłość, dostarczając nam jednocześnie epickich scen bitew oraz klasyczną opowieść o walce dobra ze złem. Jako dwunastolatka zostałam zauroczona i porwana olśniewającymi kadrami Śródziemia, Shire oraz Rivendell, które zapierały dech. Każda scena sprawiała, że chciałam należeć do Drużyny Pierścienia i wraz z nimi wyruszyć w niebezpieczną podróż, u kresu której zostać miał zniszczony pierścień. Rada u Elronda, pokonywanie zboczy gór, wydarzenia z Morii – wszystko to oglądałam wielokrotnie, wydając swoje kieszonkowe na wyjścia do kina (era dostępu do Internetu w moim przypadku miała dopiero nadejść, za co chwała!). Z wielkim oddaniem stworzyłam także dwa zeszyty z wszelkimi informacjami na temat trylogii – do dziś można je znaleźć w specjalnym pudle w moim pokoju.
Kiedy odłożę na bok zafascynowanie samą historią, na pierwszy plan wysuwa się On. Orlando Bloom. Pierwsze aktorskie zauroczenie, które doprowadziło mnie niespodziewanie do innej wielkiej, ale już filmowej fascynacji. O tym za chwil kilka. Natomiast Władca Pierścieni okazał się początkiem mojej wielkiej miłości do X muzy i cieszę się, że to właśnie ten obraz.

Przystanek drugi: Rocky (1976)
Rocky Balboa – mój bohater z dzieciństwa.
Trzeba przyznać, że żaden ze mnie miłośnik boksu (piłka nożna, to jest to!), a pomimo tego, kiedy po raz pierwszy oglądałam ten film w telewizji, zawładnął mną całkowicie. Koncertuje się on bardziej na bohaterach, niż na samym sporcie, ale kiedy Rocky wchodzi na ring, czujemy siłę przyciągania ruchomych kadrów i ich zniewalającą moc. Kibicujemy mu tak, jakby walka transmitowana była na żywo. Rocky to opowieść o życiu poprzez poświęcenie. Balboa stał się moim ulubieńcem, ponieważ jest postacią, która wygrywa nawet wtedy, kiedy traci. Mimo przegranej walki,  zyskuje coś więcej – miłość ukochanej, uznanie kibiców i szanse na zmianę dotychczasowego życia. Do dnia dzisiejszego z wielkim sentymentem myślę o scenach treningu, biegu przez ulice i triumfalnym wyrzucaniu rąk w górę na schodach, w Filadelfii, w tle z nieśmiertelną Gonna Fly Now, Billa Conti. Nostalgia tym większa, że czterdzieści lat po premierze Sylvester Stallone otrzymał drugą nominację do Oscara. Za Rocky’ego.

Przystanek trzeci: Powrót do przyszłości (1985)
To ten rodzaj historii, która może rozjaśnić ponure dni i wywołać uśmiech na ustach najbardziej poważnej osoby. Marty McFly podróżuje w czasie z 1985 do 1955 roku. Przyczynkiem do tych wydarzeń staje się wyjątkowa przyjaźń z Doktorem Brownem, która staje się emocjonalnym kręgosłupem całej historii. Film jest pełen zabawnych niespodzianek fabularnych i wspaniałych pomysłów. Kto jako dziecko nie chciał podróżować w czasie, a po obejrzeniu tego tytułu zasiąść za kierownicą DeLoreana i nie nazwać swojego psa Einstein? Ja zdecydowanie chciałam i wy pewnie też. Warto także wspomnieć, że wszystkie nastolatki uważają, że ich rodzice nigdy nie byli młodzi. Przecież nie rozumieją swoich nastoletnich dzieci? Marty musi zmierzyć się z tą brutalną prawdą, a na dodatek zapobiec zmianie historii jego rodziny. To filmowy bohater, którego nie da się nie lubić. A jego wykonanie Johnny B. Goode stało się niezapomnianym muzycznym momentem w historii kina.

Przystanek czwarty: Elizabethtown (2005)
W tym miejscu czas powrócić do osoby Orlando Blooma. Moje nastoletnie zauroczone, które narodziło się prawie cztery lata wcześniej doprowadziło mnie na seans najnowszego wówczas filmu Camerona Crowe’a. Jak się okazało zamiast „ochów i achów” nad urodą brytyjskiego aktora było zaangażowanie w historię Drew Baylora. Elizabethtown to opowieść afirmująca życie – mówiąca o doczesności i śmierci w sposób szczery i zaskakujący. To podróż młodego człowieka, którego los popycha w nieoczekiwanym kierunku i kobiety, która pomoże mu odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Wyprawa do rodzinnego miasta ojca całkowicie odmieni los głównego bohatera, pozwoli uporać się z wielką stratą i pokaże, iż nawet największe fiasko można przekuć w zwycięstwo. Film prowadzony jest wspaniałą muzyką, która wypływa z każdej dosłownie sceny. Muzyką, której sama na co dzień słuchałam. Tak więc, kiedy wyszłam z sali kinowej tamtego dnia, jasne było dla mnie, że rock’n’rollowa dusza Crowe’a zawładnie mną bez reszty. Niecałą dekadę później obudziłam się pewnego ranka z gotowym pomysłem na pracę licencjacką: Rola i znaczenie muzyki w filmach Camerona Crowe’a. Dwa lata później podobny poranek przeżyłam z pracą magisterką, tym razem związaną z autobiografizmem w jego filmach. Jak można się domyśleć, miłość ta trwa do dnia dzisiejszego.

Przystanek piąty: Martwica Mózgu (1992)
Początek liceum to czas, kiedy jeszcze nie do końca wyrosłam ze strachu przed horrorami i spania z zapalonym światłem po seansie, ale niesiona chęcią poznania całej filmografii Petera Jacksona, skusiłam się na powyższy tytuł. Były to czasy, w których termin gore nic mi nie mówił. Tak więc możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie na widok lejącej się wręcz strumieniami sztucznej krwi. Tak naprawdę, każda minuta tego obrazu była dla mnie czymś zupełnie nowym – dowiedziałam się np. jak można skorzystać z kosiarki jako broni ręcznej czy co można zrobić z jelit… Film, momentami zabawny i straszny, dostarcza nam dużej dawki filmowej zabawy. Kiedy spektakl szaleństwa i obrzydliwości rozpoczyna się na dobre, odnajdujemy w nim duże pokłady komicznego geniuszu. Matka, powoli zamieniająca się w monstrualne zombie, małposzczur, dziecko zombie w scenie  z mikserem – wszystko to jest makabrycznie, zadziwiająco zabawne. Oglądasz i pytasz sam siebie: co tutaj właśnie się dzieje? Patrzysz i nie wierzysz własnym oczom.  Film ten można oglądać wielokrotnie i za każdym razem docenić coś innego, ale za pierwszym razem smakuje najlepiej.


A jakie jest twoje pięć ukochanych tytułów z młodzieńczych lat? 


0 komentarze: