JAK NIE GRAĆ / SING STREET (2016)



John Carney dał się poznać jako ekspert w odzwierciedlaniu na szklanym ekranie, magii tworzenia muzyki. W Once obdarował widzów piękną, minimalistyczną historią dwojga zagubionych ludzi przepełnionych marzeniami i pragnieniami. W 2013 roku przenieśliśmy się z ulic Dublina do Nowego Jorku, gdzie Dan Mulligan ekscentryczny, nieco nieprzewidywalny producent muzyczny, stawia wszystko na jedną kartę – Grettę, skromną dziewczynę o wielkim potencjale. Teraz autor powraca do pierwszego z miast, ponownie dając nam świadectwo mocy muzyki, a także więzi braterstwa, ukazując jednocześnie możliwości jakie daje młodość. 

Carney opowiada  historię, w której odnajdziemy wątki autobiograficzne sięgające jego dzieciństwa. Jak wspomniał w jednym z wywiadów nie był typem sportowca, ani naukowo uzdolnionego dzieciaka. Założenie zespołu i gra na gitarze pozwoliła mu odnaleźć własną tożsamość i kierunek, w którym pragnie podążać. Po latach twórca wraca do tych wydarzeń i zaprasza nas w wyjątkową podróż przepełnią muzyką The Clash, A-HA czy The Cure. 

Lata osiemdziesiąte, klasa robotnicza w Irlandii, początki ery MTV i Cosmo zahipnotyzowany przez teledysk do piosenki Rio, Duran Duran. Chłopak postanawia założyć zespół, a przyczynkiem staje się, jak w przypadku wielu innych, chęć zaimponowania dziewczynie.


Sing Street to ten rodzaj historii, w której marzenia mają znaczenie. Trzeba jedynie odrobinę śmiałości by zaryzykować i sięgnąć po nie. W tym przypadku oznacza to założenie grupy, noszenie makijażu, mimo, że jest się chłopakiem i znalezienie odwagi by porozmawiać z dziewczyną, którą widzi się codziennie w drodze do szkoły. Oczywiście marzenia zawsze zderzają się z rzeczywistością i każdy z nas uczy się twardej lekcji życia. Można jednak przekuć to w coś dobrego, kiedy piątka niepopularnych i nieznających się dzieciaków zakłada zespół.

Twórca zatapia się w magii lat osiemdziesiątych i doskonale pokazuje ich wpływ na Conora, jego rodzinę i przyjaciół. „Jestem futurystą!” deklaruje chłopak i wraz z resztą grupy stara się odnaleźć własne brzmienie próbując różnych stylów, zarówno w muzyce, jak i w modzie. Przez kolejne kadry tej opowieści słyszymy więc mnóstwo znanych kawałków, ale to oryginalne utwory są absolutnie wspaniałe, wyzwalając w tych dzieciakach prawdziwą miłość do tego co robią. Biorąc pod uwagę ich amatorskie teledyski, robione z ogromnym oddaniem, nietrudno pomyśleć o Once i korzeniach samego Carney’a. Jest on także współautorem piosenek granych przez Sing Street, po przesłuchaniu których najprawdopodobniej obudzą się w was taneczne umiejętności. 

Chociaż film zapowiadany był jako opowieść o miłości to sięga znacznie głębiej. Napisy końcowe odkrywają przed nami dedykację: „dla wszystkich braci” i nie dzieje się to bez przyczyny. Najistotniejszą relacją w obrazie jest bowiem, ta łącząca Conora ze starszym bratem. Brendan przyjmuje rolę mentora, dzieląc się zdobytym do tej pory doświadczeniem i wspierając muzyczne poszukiwania. Zanurzony we własnych, utrąconych marzeniach pragnie ustrzec Cosmo przed popełnieniem tych samych błędów.


Kiedy muzyka na chwilę odchodzi na drugi plan ukazuje się nam szerszy obraz historii. Rodzice chłopaka rozwodzą się, Brendan coraz mocniej odczuwa utracone szanse, zaś Raphina każdego dnia zmaga się ze swoją samotnością. Cosmo będąc gdzieś po środku, przeżywając własne, młodzieńcze rozterki, stara się przemienić wszystkie te dramaty w utwory. Całość sprawia, że film jest jak twórczość The Cure „radosna/smutna”.

John Carney ponownie imponuje przekraczając granicę dźwięku w głowie widza, tworząc idealnie wyważoną przestrzeń między realizmem a muzycznym fantasy (scena inspirowana Powrotem do przeszłości trafia na listę moich ulubionych muzycznych momentów). Historia wznosi się z bólu i radości, które dostarcza pierwsza miłość, poczucie niezależności i satysfakcja z twórczej pasji. To niesamowita kombinacja tkliwości i radości, czego następstwem jest kilka magicznych scen, które zapadną w pamięć i wywołają szeroki uśmiech na twarzy. Jest to oda do dorastania i pogoni za marzeniami w świecie, w którym nie ma dla nich miejsca. Tęsknota za nieznanym i chęć ucieczki z miejsca, które jest zbyt małe dla rosnących pragnień.

Opowieść nie ustrzega się od gatunkowych klisz, ale ubrana w autorski styl Carney’a tworzy osobliwy muzyczny spektakl z nietuzinkowymi bohaterami. Sing Steet przypomina nam, że powinniśmy starać się osiągnąć wszystko, co możemy niezależnie od zasobów, które mamy i bez względu na to, jak niewystarczający czujemy się w danym momencie. Przesłanie filmu jest głośne i wyraźne: rób to co kochasz i nie spoglądaj za siebie.

0 komentarze: