List miłosny do ... / Elizabethtown (2005)


Cameron Crowe jest jednym z niewielu twórców, którzy tworzą intymne filmy w ramach systemu głównego nurtu. Jest prawdziwą, hollywoodzką anomalią przeciwstawiającą się stanowczo chęci jak największego zysku z realizacji projektów wytwórni filmowej. Tworzy on własne historie, które solidny grunt odnajdują w osobistych doświadczeniach. W Elizabethtown, autor otwiera przed widzami kolejny rozdział swojego życia. Tak jak w U progu sławy pokazał przygodę z dziennikarstwem i rock ‘n’ rollem, tak tutaj wraca do czasu, kiedy jego ojciec, James zmarł na atak serca w rodzinnym Kentucky.

Reżyser rozpoczął pisanie opowieści o odkrywaniu rodzinnych korzeni oraz tego, kim jest, a także o tym, jak pogodzić się z tragedią czy stratą, aby móc zacząć żyć na nowo. Pod wieloma względami obraz jest „kumpelski” – Drew i jego ojciec spotykają się, by poznać się bliżej. Nigdy nie jest za późno, by na nowo odkryć bliską nam osobę, mimo jej śmierci. Pisanie o uczuciach do taty było bardzo trudnym i emocjonalnym przeżyciem. Artysta potrzebował prawie piętnastu lat, by móc przelać swoje emocje związane z tą stratą na papier i otworzyć się na mówienie o nich. Jednym z jego celów było stworzenie obrazu w typie tych, które uwielbiał James Crowe: pełnych emocji, ale z zabawnym zacięciem. Mieszanka łez i śmiechu. Dzieło zawiera wiele scen wyjętych wprost z życia rodziny Crowe’a. Splecione zostały one z twórczą wyobraźnią wzorowaną na Garissonie Keillorze, której wytworem był portret zwyczajnego życia w Ameryce.

Elizabethtown to opowieść afirmująca życie – mówiąca o doczesności i śmierci w sposób szczery i zaskakujący. To podróż młodego człowieka, którego los popycha w nieoczekiwanym kierunku oraz kobiety, która pomoże mu odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Wyprawa do rodzinnego miasta taty całkowicie odmieni los głównego bohatera, pozwoli uporać się z wielką stratą i pokaże, iż nawet największe fiasko można przekuć w zwycięstwo. Ekranowy świat widzimy oczami Drew. Głębokie cierpienie kłóci się z bezradnością – nie może on zrobić zupełnie nic, aby zapobiec temu co ma nadejść. Śmierć ojca niespodziewanie stała się początkiem nowej życiowej drogi jego syna. Początki  bywają jednak trudne.

Żałoba to proces, o którym wspominał Freud. To „przepracowywanie” uczuć, postaw i relacji związanych osobą, której już nie ma. Jej etapy i fazy są różnie nazywane i definiowane przez najrozmaitszych autorów. Jednak jedno jest wspólne. Śmierć bliskiego człowieka to wydarzenie, które odciska silne piętno na naszym życiu. Musimy zmierzyć się z wyzwaniem, jakim jest konieczność pogodzenia się i zaakceptowania tego, co się wydarzyło. Jak wielu z nas już wie, jest to niezwykle trudne zadanie.

Początkowo, kiedy uświadamiamy sobie stratę przeżywamy szok, odrętwienie, niedowierzanie. Bohater Crowe’a dowiaduje się o śmierci ojca od swojej siostry, Heather. Zrezygnowany i skołowany jest pewien swoich planów – ma przywieźć tatę z powrotem do domu i dokończyć to, co rozpoczął wcześniej w swoim mieszkaniu. Potem przychodzi moment, w którym staramy się oddalić trapiące nas myśli i skupić się na bieżących sprawach. Z trudem wracamy do rzeczywistości. Przygotowania do pogrzebu, spotkania z rodziną… Jednak w tym samym czasie toczymy wewnętrzną walkę ze sobą, aby się nie poddać i przetrwać te niełatwe chwile. W pojedynczych scenach, w spojrzeniu Drew widać ogromne przygnębienie i strapienie.


Najboleśniejszą fazę, pełną bezradności i beznadziejności, przez jaką przechodzimy to pogodzenie się. Bohater Elizabethtown jedzie samochodem, mijając kolejne zakątki południowych stanów Ameryki. W fotelu pasażera ułożona jest urna z prochami ojca. Symbolizuje ona samego Mitcha i ich wspólną podróż, która powinna była się odbyć wiele lat temu. Drew prowadzi z nim rozmowę, dzieli się swoimi przeżyciami z ostatniego czasu i porażkami, których doświadczył. Targają nim silne emocje – od złości, przez śmiech, dochodząc do smutku i głębokiej rozpaczy. Jego uczucia przestają być tylko częścią jego własnego wnętrza, przestają być trzymane w ukryciu przed światem. Dzieli się nimi ze swoim ukochanym ojcem. Dopuszcza on także w końcu do siebie fakt jego śmierci. Ponadto ta scena staje się symbolicznym pożegnaniem między nimi – pożegnaniem, którego w rzeczywistości nigdy nie dane im było przeżyć. Drew daje sobie szansę na żałobę i opłakanie go. Następnie wypuszcza on, z wysuniętej przez okno samochodu ręki, jego prochy. Początkowo trzyma zaciśniętą mocno dłoń, ale chwilę potem swobodnie ją otwiera – pozwala mu odejść.

Śmierć stawia nas w sytuacjach ekstremalnych, niweluje stałe struktury. Wydaje nam się, że przyszła nie w porę i za wcześnie. Zawsze nas zakasuje. Stwarza rany, które podczas gojenia, pozostawiają na naszej duszy blizny. Nieodwracalnie.

Elizabethtown pokazuje nam, aby zwolnić i docenić otaczający nas świat a nade wszystko bliskie nam osoby. Powinniśmy nauczyć się czerpać radość i satysfakcję z małych rzeczy. Cameron Crowe obrazuje piękno z dorodnych gestach, uśmiechach, całonocnej rozmowie telefonicznej czy krzyku małego chłopca. Składnia do refleksji nad śmiertelnością oraz naszymi relacjami z innymi. To tak, jak nigdy wcześniej nierealizowania podróż Drew z tatą, której metafora odnajduje odbicie w życiu wielu z nas. W moim na pewno.


0 komentarze: